niedziela, 5 października 2008

Oh, I bet she does.

Thoreau by odzyskać , a może odnaleźć, prawdziwego siebie udał się nad jezioro, by tam móc w spokoju, na tle tego, co prawdziwe i naturalne, poznać to, co ważne. Na tych wakacjach również i ja potrzebowałam zamknąć się w swojej samotni. Potrzebowałam dojść do podobnych wniosków, co wyżej wymieniony pan. Jednak,w przeciwieństwie do niego, do uzyskania zamierzonego efektu ograniczyłam kontakty z ludźmi na okres letniej przerwy.
Przez dwa lata na studiach, z dnia na dzień bezwiednie gdzieś po drodze straciłam w sobie to, z czym czułam się dobrze, co sprawiało, że umiałam być i czuć się wyjątkowo. Dzieje się tak, gdy zamykasz się w zbyt sterylnym otoczeniu, które się nie zmienia, nie przyjmuje nowej energii, nie pozbywa się starej. Moim problemem było to, że część mojego środowiska po prostu do mnie nie pasowała. Nie zrozum mnie źle. W czasie dwóch lat studiowania poznałam ciekawych ludzi. Z niektórymi bliżej się zakolegowałam. Innych wolę unikać, jak to w życiu. W otoczeniu, gdzie nie można czuć się swobodnie, nie da się funkcjonować zbyt długo. Niewłaściwe osoby, w niewłaściwym miejscu potrafią brutalnie gasić, albo kazać powoli, lecz sukcesywnie, rezygnować po części z samego siebie. Z tego co być może wyróżnia. Ja nieświadomie straciłam na swojej naturalności. Wyczułam w sobie wielką pustkę, jaką odczuwa się, gdy ktoś Tobie bliski odchodzi. Z tym, że tym razem to część samej mnie uleciała gdzieś i kiedyś, za nic nie chcąc wrócić.

Wypisałam się z wyjazdu ze znajomymi na rzecz kilkutygodniowego pobytu na wsi,w miejscu, które odwiedzam systematycznie co roku, od urodzenia. Niewielkie miasteczko na Roztoczu, w którym rozkochali mnie babcia, dziadziu i rodzice (razem z siostrą przyrzekłyśmy sobie, że również i my rozkochamy w tym miejscu nasze dzieci). Czytanie książek, które uzbierałam przez rok akademicki lub dostałam od Krzysia (jednak musiałam o Tobie wspomnieć (-:, widzisz?) wypełniało moje dni, w przerwach między malowaniem, bieganiem, spacerami, podglądaniem dzikich zwierząt (sarenki się do nich zaliczają przecież, prawda?) i tak dalej. Wiedziałam już czego chcę, co i jak zmienić. To śmieszne, że ignorujemy często proste rozwiązania, albo w ogóle ich nie widzimy. Prosty nie znaczy prostacki, a przynajmniej ta zasada sprawdza się jeśli chodzi o rozwiązania. To dopiero parę dni po powrocie do Warszawy, a już wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Spotkania ze znajomymi, nowe pomysły na obrazy, nowe podejście do dnia, wyzwania sprawiły, że znowu częściej się uśmiecham, a moja spontaniczność grozi mi jeszcze palcem, ale to chyba tak bardziej z zasady, niż z przestrogi.

Przecież obiecałyśmy sobie już nigdy siebie nie zdradzić.

1 komentarz:

Tellur pisze...

Cieszę się, że założyłaś bloga. Zamieszczam pierwszy komentarz na zachętę.

Osobiście bardziej sobie cenię przemyślenia znajomego Thoreau, czyli Emersona. Emerson twierdził, że nie sposób odnaleźć siebie podróżując i że oddalając się od swojego miejsca zamieszkania, tak, czy inaczej zabieramy swoje problemy ze sobą. Staram się raczej rozwiązywać własne problemy w swoim codziennym kontekście, ponieważ prędzej czy później i tak się doń wraca. Nie uciekniesz już od Warszawy. Dwa tygodnie odpoczynku w sielankowym miejscu tego nie zmienią. Możesz co najwyżej zafundować sobie złudzenie odpoczynku, a po chwili wrócisz do swoich obaw, niechęci i niezręczności.

Mam nadzieję, że polubisz Warszawę i poczujesz się tu dobrze, w tym konkretnie kontekście i z tymi właśnie ludźmi, czyli z nami. Fajne jest to, że jesteś radosna i pełna życia, ale jesteś też wrażliwa, co dla Ciebie jest wadą. Niestety do pewnego stopnia rezygnując z wrażliwości stajemy się cynikami, więc to od Ciebie zależy, co wolisz wybrać.

Ja też mam niby takie miejsce — dwór cioci na Mazurach — ale przecież po krótkiej chwili wracam do domu i na nowo podejmuję wyzwania.

Mam nadzieję że nie zniechęcisz się i będziesz pisać czasami na blogu, a także starać się walczyć o swoje na uczelni i w życiu. Pozdrawiam!