wtorek, 7 października 2008

Till you wise up.

Bogatsza o jedno doświadczenie cieszę się, że zmądrzałam w pewnej kwestii. Terapia szokowa jest czasem najlepszym sposobem na to, by w końcu pod presją zmusić się do tego, by zacząć myśleć klarownie. Najpierw wyimaginowana wersja mojego przyjaciela skarciła mnie za bezsensowne stresowanie się i przemówiła do rozsądku, do którego droga czasem jest kręta i prowadzi przez gęsty ciemny las. Zazwyczaj panuje tam północ, co czasem płoszy zdroworozsądkowe myśli. Później doszłam do wniosku, że skoro wymyślony kolega był w stanie przywołać mnie do porządku, a że fikcyjna jego wersja była po części mną samą, to najwyraźniej ( i tu dobra nowina dla tych, co stracili już wszelką nadzieję ) skrywam w sobie jakieś zdolności do zapanowania nad sobą. Gdybym mogła wyjść z siebie, to najpierw pacnęłabym siebie za wszystko delikatnie w głowę, co by nie spłoszyć tych nowo odkrytych nadprzyrodzonych zdolności, a później poklepała dla otuchy po ramieniu, o co następnym razem poproszę kolegę. Ale to już tego prawdziwego wtedy.

niedziela, 5 października 2008

Oh, I bet she does.

Thoreau by odzyskać , a może odnaleźć, prawdziwego siebie udał się nad jezioro, by tam móc w spokoju, na tle tego, co prawdziwe i naturalne, poznać to, co ważne. Na tych wakacjach również i ja potrzebowałam zamknąć się w swojej samotni. Potrzebowałam dojść do podobnych wniosków, co wyżej wymieniony pan. Jednak,w przeciwieństwie do niego, do uzyskania zamierzonego efektu ograniczyłam kontakty z ludźmi na okres letniej przerwy.
Przez dwa lata na studiach, z dnia na dzień bezwiednie gdzieś po drodze straciłam w sobie to, z czym czułam się dobrze, co sprawiało, że umiałam być i czuć się wyjątkowo. Dzieje się tak, gdy zamykasz się w zbyt sterylnym otoczeniu, które się nie zmienia, nie przyjmuje nowej energii, nie pozbywa się starej. Moim problemem było to, że część mojego środowiska po prostu do mnie nie pasowała. Nie zrozum mnie źle. W czasie dwóch lat studiowania poznałam ciekawych ludzi. Z niektórymi bliżej się zakolegowałam. Innych wolę unikać, jak to w życiu. W otoczeniu, gdzie nie można czuć się swobodnie, nie da się funkcjonować zbyt długo. Niewłaściwe osoby, w niewłaściwym miejscu potrafią brutalnie gasić, albo kazać powoli, lecz sukcesywnie, rezygnować po części z samego siebie. Z tego co być może wyróżnia. Ja nieświadomie straciłam na swojej naturalności. Wyczułam w sobie wielką pustkę, jaką odczuwa się, gdy ktoś Tobie bliski odchodzi. Z tym, że tym razem to część samej mnie uleciała gdzieś i kiedyś, za nic nie chcąc wrócić.

Wypisałam się z wyjazdu ze znajomymi na rzecz kilkutygodniowego pobytu na wsi,w miejscu, które odwiedzam systematycznie co roku, od urodzenia. Niewielkie miasteczko na Roztoczu, w którym rozkochali mnie babcia, dziadziu i rodzice (razem z siostrą przyrzekłyśmy sobie, że również i my rozkochamy w tym miejscu nasze dzieci). Czytanie książek, które uzbierałam przez rok akademicki lub dostałam od Krzysia (jednak musiałam o Tobie wspomnieć (-:, widzisz?) wypełniało moje dni, w przerwach między malowaniem, bieganiem, spacerami, podglądaniem dzikich zwierząt (sarenki się do nich zaliczają przecież, prawda?) i tak dalej. Wiedziałam już czego chcę, co i jak zmienić. To śmieszne, że ignorujemy często proste rozwiązania, albo w ogóle ich nie widzimy. Prosty nie znaczy prostacki, a przynajmniej ta zasada sprawdza się jeśli chodzi o rozwiązania. To dopiero parę dni po powrocie do Warszawy, a już wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Spotkania ze znajomymi, nowe pomysły na obrazy, nowe podejście do dnia, wyzwania sprawiły, że znowu częściej się uśmiecham, a moja spontaniczność grozi mi jeszcze palcem, ale to chyba tak bardziej z zasady, niż z przestrogi.

Przecież obiecałyśmy sobie już nigdy siebie nie zdradzić.